Leżał bez ruchu na podłodze. Wokół niego było pełno krwi. Rozpłakałam się i podbiegłam do niego. Podciął sobie żyły. Sprawdziłam puls. "Jeszcze żyje!"-pomyślałam. Szybko zadzwoniłam po pogotowie. Zjawili się po 10 minutach,zabrali go na nosze i włożyli do karetki.
- Mogłabym jechać z nim?
- Kim dla niego jesteś? - zapytał lekarz.
- Oyym..dziewczyną.
- To wsiadaj. Szybko!
Pojazd ruszył. Lekarz wziął rękę Ross'a by obejrzeć rany.
- Ou,wygląda poważnie. Może tego nie przeżyć,stracił zbyt wiele krwi.- poinformował doktor.
Co? On nie mówi tego na poważnie,prawda? Patrzyłam na chłopaka,a oczy zachodziły mi łzami. Stałam bez ruchu,aż w końcu się rozpłakałam.
Dojechaliśmy na miejsce. Blondyna gdzieś zabrali. Usiadłam w poczekalni.
*30 minut później:
Nikt mi nie dawał znać co z chłopakiem.więc podeszłam do recepcji zapytać gdzie leży. Później ruszyłam w stronę tej sali. Weszłam do pomieszczenia. Ross leżał na łóżku. Był popodpinany do wielu przeróżnych urządzeń. Siedział przy nim lekarz,który gdy weszłam od razu popatrzył w moja stronę.
- Przepraszam,teraz musi pani wyjść,ponieważ przeprowadzane są badania.
- Ale..ale
- Żadnych "ale",proszę poczekać za drzwiami. Jak skończę zawołam panią.
- Dobrze.
*10 minut później:
Drzwi otwarły się. Lekarz powiedział,że mogę już wejść. Usiadłam przy Rossie.
- Kim pani dla niego jest?- zapytał lekarz.
- Dziewczyną.
- No dobrze,przepraszam.-odpowiedział i zniknął za drzwiami.
Zostałam sama z blondynem. Rozpłakałam się. Był chyba w śpiączce,bo nie otwierał oczu,nie reagował. Obie ręce miał na wierzchu. Jedna ręka zabandażowana. Na bandażach była krew. Powiedziałam na głos ni do siebie ni do niego: "Ross. Co ci wpadło do głowy. Co ty żeś zrobił." Płakałam coraz bardziej. Położyłam mu głowę na torsie dalej mówiąc: "Jak mogłeś? Chciałeś mnie zostawić na tym świecie samą? Musisz z tego wyjść,dla mnie." Złapałam jego dłoń,była zimna. Miło tak było sobie na nim poleżeć,tylko szkoda,że w szpitalu. Słuchałam nieregularnego bicia jego serca. Wszedł lekarz,powiedział że czas na odwiedziny minął i że mogę przyjść jutro od 8:00. Pocałowałam Ross'a w policzek i wyszłam. wróciłam do domu o 20:43. Wzięłam prysznic i ubrana w piżamę położyłam się i zasnęłam.
*Czwartek
Zadzwonił budzik. Szybko wstałam wzięłam szybki prysznic,rozczesałam włosy,zostawiając je rozpuszczone,zrobiłam makijaż i zeszłam na dół by zjeść. Usiadłam do stołu,a mama podała mi śniadanie. Van dopiero zeszła na dół.
- Mamo? - przerwałam ciszę.
- Tak?
- Czy mogłabym nie iść dzisiaj do szkoły?
- A to czemu?
- No bo..znasz Ross'a. Prawda?
- Jakiego znowu Ross'a?
- Gra w zespole R5. Wspominałam ci trochę czasu temu o nich.
- A no tak kojarzę.
- To on chodzi ze mną do klasy od tego roku.
- I?
- No i jest w szpitalu w krytycznym stanie i chciałabym do niego jak najszybciej iść. Zgadzasz się?
- No dobrze. Jedna nieobecność ci nie zaszkodzi.
- Dzięki.-odpowiedziałam i poszłam do siebie do pokoju. Poprawiłam włosy i makijaż. Podeszłam do szafy. Po 10 minutach znalazłam jak dla mnie idealny strój na wyjście:
Ubrałam się. Była już 7:50 więc szybko wyszłam z domu. Przez całą drogę prawie biegłam. Dotarłam na miejsce o 8:04. Weszłam do sali,znów był w niej lekarz.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry. Punktualna pani jest. - zaśmiał się lekarz.
- Wybudził się już?
- Nie,mamy nadzieję,że się obudzi. Już powinien trochę reagować. Powinien już powiedzieć kilka słów.
- Co z jego stanem?
- Jeszcze krytyczny ale ustabilizowany.
- Uff. - trochę mi ulżyło po słowach lekarza. Nie pogorszyło się mu przez noc. Lekarz wyszedł,a ja usiadłam na taborecie obok łóżka chłopaka. Dotknęłam ręki blondyna. Była nie zimna,lecz letnia. Znów położyłam głowę na brzuchu Ross'a. Lubiłam słuchać bicia jego serca,a miałam okazję tylko tutaj,kiedy jest jakby..nieobecny.
---------------------------------------------------------------------------------------------
Co będzie dalej?
---------------------------------------------------------------------------------------------
Co będzie dalej?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz